Mamy społeczeństwo pełne Dr House’ów i Burskich
Jesteśmy ostatnim ogniwem między światem obecnym a duchowym i najtrudniej jest się nam pogodzić z nieudaną reanimacją oraz śmiercią dziecka – uważa Karol - ratownik medyczny.
Wywiad z Karolem, pracującym w Pogotowiu Ratunkowym Medica.
-
I jak minął dyżur?
-
W miarę spokojnie. Były drobnostki: nadciśnienie, jakiś ból głowy itp. Nie zdarzyło się nic zagrażającego życiu zarówno pacjentów i nas. Czasami jednak bywają takie dyżury w trakcie, których co chwilę jest wezwanie. Tak bywa np. w okresie świątecznym, kiedy jest duże natężenie ruchu, a kierowcy jeżdżą pod wpływem alkoholu...
-
Kiedy i w jakich miejscach wg Pana najtrudniej jest pracować, podczas wyjazdu do wypadku samochodowego, odwiedzin „meliny” a może podczas wizyty w domu?
-
Nie można generalizować. Kiedy jest ładna pogoda, to przy wypadku pracuje się w miarę bezpieczne. Nie zawsze jednak jest idealnie. Czasami nie możemy dostać się do pacjenta. Bywa, że przyjeżdżając do obcego miejsca nie wiadomo, czego można się spodziewać. Czasem u kogoś w domu nie ma miejsca, by dobrze ułożyć chorego. Trudno jest nagle poprzestawiać szafę czy lampę. Często w jakimś mieszkaniu nie ma światła i jest problem z zobaczeniem rany, lub by uwidocznić żyłę do wkłucia. Bywa tak, że osoba na „melinie” będzie bardziej agresywna od takiej, która czeka na nas w domu. A czasem jest odwrotnie. Taki człowiek z „meliny” będzie bardziej uległy, ponieważ zdaje sobie sprawę, że cały swój świat ma w plecaku obok. Miejscem jego życia jest kawałek podłogi, na którym siedzi. Poza tym osoby, do których przyjeżdżamy, różnie się zachowują, czy to pod wpływem alkoholu, czy stresu. Mają też wrażenie, że zbyt długo na nas czekali, że nam się nie spieszyło... To także wyzwala agresję w ludziach. Jeżeli jest sytuacja niebezpieczna dla nas lub bywa awanturujący się pacjent, możemy wezwać Policję. Funkcjonariusze potrafią zmusić pacjenta, by wszedł do karetki.
-
A jak często wzywacie Policję?
-
Tutaj nie ma reguły. Czasami zdarza się, że w miesiącu robimy to raz, dwa razy. Ma to miejsce, kiedy pacjent pobił kogoś, lub jeśli ciężko się z nim rozmawia. W obliczu policji takie osoby są bardziej uległe. Jednak im młodsze pokolenie, tym ma mniej szacunku zarówno do funkcjonariuszy, jak i do nas. Na przykład ludzie starsi zwracają się do personelu medycznego słowami:. „Pani pielęgniarko”, „Panie doktorze”. Natomiast mając kontakt z osobami młodszymi, słyszy się wulgaryzmy, odzywki przez „ty”. My na to już nie zwracamy uwagi. Ciężko by było reagować za każdym razem, ale mimo wszystko czasami jest nam przykro.
-
A co jest najtrudniejsze podczas wypadku: opanować własne emocje, szok pacjenta czy zachowanie tłumu gapiów?
-
Najciężej jest zapanować nad tłumem z tego względu, że w naszym zespole jest tylko dwóch ratowników, bądź ratownik, lekarz i pielęgniarka. Wśród ludzi jest także pogoń za sensacją. Wielu z nas dzisiaj ma komórki, sprzęt do nagrywania i robienia zdjęć. Niektóre gazety płacą za ujęcia z wypadków... Ponadto każdy z „widzów” jest mądry i lepiej zna się na medycynie niż my. W rezultacie w tłumie mamy doktorów: Burskiego, House i doktor Queen. Rodzi się wtedy pytanie - dlaczego sami wcześniej nic nie zrobili ,i dlaczego wzywali nas?
-
I jak państwo reagują?
-
Kolega, takiej „mądrali”, dał bandaż do pozwijania. Dodał, że będzie mu za chwile bardzo potrzebny. Okazało się, że ta osoba zwijała go lepiej niżeli maszyna w firmie... Jest to sprawdzona metoda opanowania „zadziornej” osoby z tłumu, lecz nie zawsze jest skuteczna niestety . Czasami bardzo pomocne bywają ludzie lekko pijani, ponieważ łatwo przyjmują sugestię, co się dzieje. Taki ktoś potrafi rozgonić tłum i nikogo do nas nie dopuścić. On ma wtedy świadomość, że jest potrzebny i mocno weźmie sobie to do serca.
-
A jak wygląda z zapanowaniem nad pacjentem?
-
Jest to sytuacja dużo trudniejsza. Każdy pacjent jest indywidualnością. Nieraz pomaga omówienie swoich działań i nakreślenie sytuacji. Czasem trzeba „wstrząsnąć” tą osobą. Można krzyknąć: „Uspokój się! Jesteśmy tu, żeby Ci pomóc. Jeśli chcesz tej pomocy, będziemy działać dalej.” Jednocześnie panujemy nad wszystkim i wykonujemy swoje czynności. Staramy się jednak przekonać go do udzielenia pomocy oraz nakłonić do współpracy. Zdarzają się bowiem sytuacje bardzo stresowe i jeśli my okażemy zdenerwowanie, to cała akcja jest spalona. Nikt nikomu nie pomoże.
-
Z jakimi trudnymi sytuacjami Pan się spotkał?
-
Zdarzyło mi się pracować z osobami chorymi psychicznie. Jest to strasznie ciężka sprawa, ponieważ taka osoba nie dopuszcza do siebie bodźców zewnętrznych. Zatem nie akceptuje informacji, że sama jest chora. To, co ona robi, jest dla niej naturalne. Mimo że otoczenie twierdzi zupełnie inaczej. Bywa tak w sytuacjach, kiedy pogotowie wzywa rodzina, uważając, że ich najbliższy stwarza zagrożenie dla nich i siebie samej. W takim momencie jest ciężka decyzja jak wszystkim pomóc. Są sytuacje, w których rodzina twierdzi, że za drzwiami jest cala sterta ostrych narzędzi: pił, noży. My jednak podejmujemy pewne ryzyko, wchodząc do danego środowiska. W przypadku SOR-u pacjent jest gościem personelu medycznego. A podczas wyjazdu karetki my wchodzimy do czyjegoś domu i to my stajemy się gośćmi u kogoś. Często zagrożeniem dla nas są psy...
-
?
-
Wzywający pogotowie nie biorą pod uwagę, że na naszych ubraniach mamy między innymi zapachy leków, krwi, a te zwierzęta na to reagują.
-
Rzeczywiście. Dodatkowo jest Pan osobą obcą dla tego zwierzaka, które nie rozumie całej sytuacji.
-
Tak. Poza tym w sytuacji na przykład wkłucia dożylnego niektórzy pacjenci wystawią rękę i nie odezwą się. Natomiast inni krzykną, bo zaboli. Pies na to zareaguje, ponieważ taki sygnał odbiera jako atak na jego pana. Kiedyś przyjechaliśmy do pewnego domu, a na piecu kaflowym siedziała wyprostowana kura. Cały czas nas obserwowała. Mieliśmy wrażenie, że jest przeciwna temu, co zrobimy jej właścicielce...
-
A jak na wasze działanie reaguje otoczenie pacjenta?
-
Rodziny zachowują się różnie. Czasami ktoś nas pogania, poucza. Pamiętam sytuację, która miała miejsce, zanim zacząłem pracować w Pogotowiu. Nie byłem jeszcze po szkołach ratowniczych, ale miałem za sobą liczne kursy. Zabezpieczaliśmy imprezę w Straży Pożarnej. W jej trakcie pani pod wpływem alkoholu źle stanęła i niestety złamała nogę. Jako osoba niemedyczna nie mogłem jej podać leków, a rodzina wymuszała to na nas. Wręcz grzebali nam w torbie, szukając jakiegoś środka. Najbliżsi nie rozumieją, że jako ratownik nie mogę zrobić wszystkiego jak lekarz. Na przykład mam wg ustawy 28 leków, które mogę stosować samodzielnie. Reszta podawana jest na polecenie lekarza. Swą złość z tego powodu ludzie wyrażali, kiedy wprowadzono karetki podstawowe, czyli tylko z ratownikami.
-
Czyli problem tkwi w niezrozumieniu przez pacjentów i ich rodziny podziału obowiązków personelu medycznego?
-
Tak. Wiadomo, że profesje lekarza i pielęgniarki mają wieloletnią tradycję funkcjonowania w społeczeństwie. Natomiast ratownik medyczny jest stosunkowo młodym zawodem. Poza tym jak same nazwy wskazują: lekarz ma leczyć, pielęgniarka - pielęgnować a ratownik – ratować. Jeżeli ktoś tego nie rozumie, to rodzi się problem.
-
Zawód ratownika medycznego należy do bardzo stresujących. Nie zawsze udaje się przywrócić człowieka do życia. Czy w jakiś sposób Pana na to przygotowano?
-
Gdy przyszedłem do pracy w naszym Pogotowiu, mój szef wziął mnie na bok i powiedział: „Słuchaj, pracujesz jako ratowniki i pamiętaj, że nie da się wszystkich uratować. Są takie sytuację, że cokolwiek byśmy nie robili, to czasem jesteśmy na przegranej pozycji”. Dodał, że mimo wszystko akcję należy podjąć. Niestety nie zawsze jesteśmy w stanie wykorzystać naszą wiedzę i leki. Jeżeli komuś jest dane przeżyć, to przeżyje. My jesteśmy tym ostatnim ogniwem między światem obecnym a duchowym. Spotkałem się z sytuacją, w której w trakcie reanimacji przyszedł ksiądz i namaszczał osobę oczekującą na ratunek. Wokoło rodzina już się modliła. W tym momencie można pokusić się o stwierdzenie: „Czy państwo chcecie, by uratować tego człowieka, czy już go żegnacie...?”.
-
…
-
Bardzo trudna jest reanimacja szczególnie w obecności rodziny. Jedni ludzie potrafią dostrzec, że się staramy i przechodzą do drugiego pokoju, by się skupić, i pomodlić. Inni stoją nad nami, płaczą lub krzyczą do ratowanego „nie umieraj...”. Są to bodźce zewnętrzne, które do nas docierają i stresują, mimo że staramy się wyłączać i działać wg tego czego nas nauczono. Bardzo traumatyczne są dla każdego ratownika reanimacje dzieci, szczególnie te zakończone śmiercią małego pacjenta.
-
Podejrzewam, że wtedy w każdym z was włączają się inne emocje, budzą skojarzenia, że to mogło być jego dziecko?
-
Tak. Dziecko jest to mała istota, która ma masę rzeczy do poznania i wiele sytuacji do przeżycia. Zdajemy sobie sprawę, że maleństwo było wyczekane i upragnione przez rodziców. Nawet my w przypadku śmierci pacjenta-dziecka tracimy dystans do całego wydarzenia. Dlatego takie sytuacje najbardziej obciążają nas psychicznie. Może to brzmi okrutnie, ale jakoś łatwiej jest się nam pogodzić z nieudaną reanimacją osoby starszej, która kilkadziesiąt lat już przeżyła. Posiadała rodzinę. Być może była schorowana, ale być może miała prawo już umrzeć. Każde takie zdarzenie jest trudne. Co wtedy można powiedzieć najbliższym? Ja kładę uszy po sobie i jak najszybciej chcę stamtąd wyjść.
-
A jak wy - ratownicy radzicie sobie z tym stresem?
-
Każdy powinien znaleźć swój sposób. Ja np. lubię chodzić lub jeździć na rowerze po górach. Tam oprócz zmężnienia fizycznego, odpoczywam psychicznie. Robię zdjęcia, a po powrocie do domu, pokazuję je najbliższym. Mimo że staram się nie myśleć o pracy, to gdzieś podświadomie jest ona w głowie. Poza tym po pracy rodzina ze mną rozmawia. To pomaga mi odreagować stres. Wiem, że te osoby jakoś mi pomogą. W moim odczuciu wezmą część odpowiedzialności na siebie. Wytłumaczą, że musiało się tak stać...
-
A między ratownikami także rozmawiacie o tym, co się stało?
-
Oczywiście, że tak. Analizujemy całe zdarzenie, bo jesteśmy tylko ludźmi. To nie wstyd przyznać się do błędu czy niewiedzy, bo jednak w tym zawodzie codziennie się uczymy. A zawsze ta druga osoba może nam pomóc, także w rozładowaniu emocji. Ważna jest też wymiana doświadczeń. Starsi koledzy polecili mi, by nie mieszać pracy zawodowej z życiem domowym.
-
A da się to tak realnie oddzielić?
-
Niektórzy to potrafią, inni nie. Trzeba włączyć myślenie, że właśnie skończyłem dyżur, zamykam szafkę, gdzie zostawiam pracę, i jadę do domu. Tam jestem bezpieczny. Mnie jest trochę trudniej, ponieważ pracuję w rejonie, gdzie mieszkam. Zdarzyło mi się, jechać z karetką do własnego domu. Mimo że było to tylko zwykłe osłuchanie przez lekarza i podanie leku, to dość mocno to przeżyłem. Poza tym jest taka zasada, że medyk nie powinien leczyć swoich bliskich, ponieważ nie myśli się racjonalnie. Zastanawia się wtedy, dlaczego lek jeszcze nie działa. Następnie pojawiają się nerwy. Przy osobie obcej jest pewien dystans i łatwiej można podjąć decyzję co do całego postępowania.
-
Zatem życzę jak najmniej trudnych sytuacji i dziękuję za spotkanie.
Alicja Badetko
Artykuł dzięki uprzejmości Przyjaciół z Medical Prestige Club

























